Zaproszenie do …złotej klatki

Jak to się dzieje, że człowiek z jednej strony ceni sobie wolność, a z drugiej dobrowolnie pozwala zamknąć się w klatce? Dlaczego pozwala się zniewolić? Dlaczego, mimo braku faktycznych krat, nie potrafi wyzwolić się z niewoli? Jak napisała Joanna Stojer-Polańska w słowie wstępnym do mojej książki, polega to na swoistej rozgrywce pomiędzy sprawcą a ofiarą – sprawca zamyka ofiarę w złotej klatce, najpierw bombarduje miłością, następnie podstępnie manipuluje ofiarę, która – jeszcze nieświadoma istniejącego zagrożenia – pozwala się osaczyć. 

Tak było w moim przypadku. Ryszard wydawał mi się lekiem na wszystko. 

Wykorzystał moment, kiedy byłam w nienajlepszym stanie psychicznym po odejściu od męża i sprawie o separację. Byłam wtedy totalnie zmęczona, przed urlopem, w dramatycznej  z powodu kredytów sytuacji finansowej i mieszkaniowej. I nagle, zupełnie niespodziewanie na mojej drodze pojawia się Ryszard, a ja traktuję go jak swojego wybawcę. Ryszard doskonale wkomponował się w obraz mężczyzny, za którym tęskniłam. Interesował się tym co robię, dbał o mnie, mówił mi to, co chciałam usłyszeć. Dawał poczucie bliskości. I czułości, której byłam tak spragniona. Dał mi to, czego mi najbardziej w życiu brakowało. A ja nie zastanawiałam się nad ceną. Wydawało mi się, że cena nie gra roli. Tak bałam się odrzucenia, że widziałam i słyszałam tylko to, co chciałam widzieć i słyszeć. Resztę odrzucałam, uznając, że to co „dobre” jest ważniejsze od tych złych rzeczy. Tylko, że tak naprawdę nie było niczego „dobrego”. To tylko pozory. Była tylko manipulacja. Od samego początku.   

Zaprosił mnie do …klatki a ja skorzystałam z zaproszenia. Dobrowolnie. Potem, każdego dnia wychodzę na „wolność” do pracy i wracam do klatki. Początkowo po drodze oglądam wystawy sklepowe, a nawet wchodzę do jakiegoś sklepu nie patrząc na zegarek. W końcu jestem na miejscu. Ryszard otwiera mi drzwi i zaprasza do stołu. Siadam, a tam przygotowany obiad. Na talerzu widzę ziemniaki wykrojone w kształcie serca. Dla mnie. Oczywiście zdążyły już przestygnąć,  …bo myślał, że będę trochę wcześniej. Przecież  droga z pracy do domu to tylko tyle i tyle minut.  Kolejny raz sytuacja się powtarza, znowu obiad przygotowany czeka na mnie, a ja się „spóźniam”. Pojawia się u mnie poczucie winy, że on tak się stara, a ja zamiast przyjść prosto do domu, włóczę się po sklepach. Następnym razem idę prosto, nie zatrzymuję się nigdzie, wiedząc, że w domu czeka na mnie mój ukochany mężczyzna z obiadem na stole. Mówi mi, jak bardzo mnie kocha, że taka perełka jak ja musi być misternie oprawiona. Spotkało mnie wielkie szczęście, myślę sobie. 

 Zrobił mi huśtawkę na balkonie. Huśtałam się na niej tylko trochę, ale pamiętam, że jak ją zrobił, poczułam się wyjątkowo. Często przy nim tak się czułam. Jakby było dwóch Ryszardów. Jeden Ryszard przynosił mi kawę do łóżka, mówił, że dla mnie świeci słońce i dla mnie ptaszki śpiewają. Zawsze dawał mi lepszy kawałek mięsa. Ciągle robił różne niespodzianki. Całe swoje życie podporządkował mojemu. Nosił mnie na rękach. Stawiał na piedestale. Starał się spełnić wszystkie moje życzenia. Nie chciał żebym w domu cokolwiek robiła. Wszystko robił on. Drugi Ryszard krytykował mnie za wszystko, co robiłam. Wynajdywał ciągle jakieś sprawy prawne do załatwienia i obarczał mnie nimi. I ciągle wzbudzał we mnie poczucie winy, obarczając problemami nie do załatwienia. A ja zadręczałam się tym, no bo on jest dla mnie taki dobry, a ja nie potrafię mu się odwdzięczyć. Coraz bardziej mnie osaczał. Uzależnił mnie od siebie, ale on też się ode mnie uzależnił. Beze mnie jego życie nie istniało. Chciał mnie mieć tylko dla siebie i to przez 24 godziny na dobę. Twierdził, że zasługuję na szczęście i tylko on jeden jest w stanie mi je zapewnić. Nikt nigdy wcześniej nie okazał mi tyle czułości co Ryszard. On był pierwszą osobą, do której mogłam się po prostu przytulić, której mogłam siąść na kolanach tak jak córka ojcu,  a on wtedy tulił mnie, głaskał po głowie i całował po włosach i czole.

Jak widać „złota klatka” to wcale nie dobrobyt, nie dobra materialne, ale coś co zaspokaja nasze potrzeby. Potrzeby niezaspokojone wcześniej. Poznałam Ryszarda w wieku 48 lat. I przez te wszystkie lata mojego życia nikt nigdy nie okazał mi tyle zainteresowania i czułości. Nikt nigdy nie przytulił mnie tak, jak tuli się dziecko. A ja w swoim dorosłym życiu nieraz wyobrażałam sobie chwile, kiedy wracam do domu i mogę po prostu przytulić się do bliskiej mi osoby. Nic więcej. Ryszard doskonale wyczuł moje słabe strony.  

Potrzebowałam Ryszarda, żeby zaspokoił głód uczucia, którego mi brakowało. Ten głód był na tyle silny, że do zaspokojenia wybrał pierwszy napotkany obiekt. To tak jak z jedzeniem. Mówi się, że najlepszym kucharzem jest głód. Człowiek głodny rzuca się na cokolwiek, co nadaje się do jedzenia, nawet jeżeli jest to coś, czego nie lubi. Byle zaspokoić głód lub pragnienie. Moje pragnienie miłości było tak silne, że nie zważałam na to, jaka to miłość. Wystarczało mi, że ona była.

Tak, do złotej klatki weszłam sama. Sama pozwoliłam się w niej zamknąć. Sama wracałam do niej po każdym wypuszczeniu na wolność, po każdym samotnym wyjściu z domu. 

Wracałam do klatki, chociaż nie byłam w niej szczęśliwa. Ryszard ograniczał moją autonomię i starał się nad wszystkim mieć kontrolę. Chciał wiedzieć o wszystkim. O rozmowach telefonicznych z córkami i innymi osobami, mówił mi, z kim powinnam się spotykać, a z kim nie. Jak powinnam się ubierać. Jaką mam mieć fryzurę. I ciągle mnie krytykował.  Żądał lojalności, którą rozumiał jako brak jakiegokolwiek sprzeciwu dla jego zachowań.

Nie jest łatwo opuścić taką klatkę. Bo tak naprawdę zaproszenie do klatki jest zaproszeniem do gry. Gry psychologicznej. Niebezpiecznej gry, takiej, która może skończyć się tragicznie. Ta gra odbywa się na poziomie nieuświadomionym. I dopiero jak wydarzy się coś co pozwoli nam przerwać tę grę, można opuścić klatkę. Ale potem trzeba jeszcze dużo pracy nad sobą, żeby do tej klatki i zarazem do gry nie powrócić. Nie jest to łatwe, bo zazwyczaj osoba, której klatkę opuściliśmy próbuje za wszelką cenę zwabić nas z powrotem do siebie, używając do tego przeróżnych technik manipulacji i szantaży emocjonalnych. 

Nie wróciłam do Ryszarda, ale uwalnianie się od tej uzależniającej toksycznej miłości zajęło mi kilka lat. Panicznie bałam się Ryszarda i ten strach, jak nieraz powtarzała mi Joanna, mnie chronił. A i tak były momenty, że chciałam spotykać się z Ryszardem, kiedy tęsknota za nim była silniejsza od strachu. Dzisiaj z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jako ofiara przemocy psychicznej musiałam sama uwolnić się od oprawcy. I sama dokonać wyboru, że do niego nie wracam. Mimo wielu trudności i przeciwieństw, jakie musiałam pokonać to był najlepszy wybór!

Udostępnij

1 Komentarz. Leave new

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

Menu